Islandia- z południa na północ wyspy.



To był chyba najtrudniejszy dzień naszej wyprawy. Musieliśmy pokonać trasę z południa wyspy
do położonego na północy Husaviku. Na ten dzień mieliśmy sporo zaplanowane ale jak to zwykle
bywa z planem.. wylądował w koszu. Pogoda całkowicie wszystko pokrzyżowała. Dzień upłynął nam głównie na podziwianiu  deszczowych krajobrazów zza okien samochodu.
 

 
 
 
 

Trzeba jednak przyznać iż trasa tego dnia była niesamowita. Pierwszy etap ciągnął się wzdłuż bardzo rozbudowanego klifowego wybrzeża, gdzie potężny wiatr zwiewał nas niemal z drogi, a deszcz płynął gęstymi strugami po szybach. Następnie, jak to zwykle bywa na Islandii, krajobraz zmienił się diametralnie i dynamicznie gdy tylko wjechaliśmy w piękną, bajecznie kolorową dolinę, wokół której rozpościerały się  górskie zbocza i spływające po nich wodospady. Chwila zawahania.. "Czy to aby na pewno nadal jest Droga Nr 1? Główna droga Islandii? Road no1? Þjóðvegur 1?! To dziurawe żwirowisko? Samochotem bez napędu 4x4 i wyższego zawieszenia ciężko rozwinąć tu prędkości wyższeod 30-40km/h. Choć wydaje mi się, że i to sprawiło naszemu Caddy sporo bólu.

 

Po drodze znaleźliśmy tam samotnie stojącą chatkę dla zbłąkanych wędrowców, tzw. Stefansbud
w której można spokojnie przenocować po górskich trudach lub w wypadku awaryjnego utknięcia na tym wzgórzu. Jadąc dalej napotkaliśmy na poboczu znak drogowy, na który czekaliśmy już długo, po czym spory odcinek pięknego bordowo-rudego płaskowyżu przejechaliśmy z prędkością 2 kilometrów na godzinę rozglądając się wokół za spacerującymi reniferami. Niestety jednak, ku Asi wielkiej rozpaczy, żadnego nie udało nam się wypatrzyć. 

 
 

Po bajecznie kolorowym krajobrazie wjechaliśmy jakby do innego świata, spowitego gęstą mgłą, rozpościerającą się ponad czarnym pustkowiem. Istny islandzki Mordor. Dzięki Bogu nie taki jak ten na Domaniewskiej lecz mimo wszystko były chyba najdziwniejsze kilometry podczas całej wyprawy. Niby piękna i niesamowita mgła, ale pośrodku takiego jałowego pustkowia przechodził nas dreszczyk.
W tej deszczowej i mglistej aurze podjęliśmy się dotarcia do wodospadu Dettifoss, ale niestety nasz samochód bez napędu na 4 koła radził sobie z tą wyboistą trasą 864, pełną głębokich kałuż zdecydowanie za wolno, więc aby uniknąć noclegu na pustkowiu przy wodospadzie musieliśmy zawrócić. Jak się później okazało, gdybyśmy skorzystali z kolejnego zjazdu na trasę 862 mielibyśmy większe szanse na dotarcie do celu.
Wieczorna część trasy tego dnia wiodła także przez rejon czynny geotermalnie, pola lawowe, z których wypływają gorące i niekoniecznie ładnie pachnące źródła oraz wzdłuż jeziora Myvatn. Cały teren ze względu na obfitość minerałów w ziemi ma przedziwne kolory - rażąco żółte iglaste krzewy wyrastają
z rozpościerającej się wokół nich bordowo-rudej roślinności. Bardzo spodobała nam się ta oryginalna kolorystyka jakby nadrabiająca pozytywne doznania wizualne w zamian za niezbyt przyjemne aromaty wokół.
Od Husaviku, który był naszym punktem docelowym tego dnia dzieliło nas niestety nadal około 1,5 godziny drogi ze względu na roboty drogowe i związane z nimi objazdy. Gdy ostatecznie dodarliśmy na miejsce było już bardzo późno. Przynajmniej jak na nasze islandzkie standardy. Podczas całego wyjazdu staraliśmy się bowiem przestawić na funkcjonowanie zgodnie z rytmem miejscowej doby, tak by móc zwiedzać i prowadzić samochód w promieniach światła dziennego. Po przyjeździe na kemping po raz kolejny zaskoczyliśmy się bardzo pozytywnie. Mimo późnej godziny, okresu poza sezonem i absolutnej pustki na placu kempingowym, na drzwiach biura kempingu znaleźliśmy nazwę darmowego wi-fi wraz
z hasłem oraz życzenia miłego pobytu. W budynkach stojących za biurem znajdowały się bardzo czyste
i schludne łazienki z prysznicami z ciepłą wodą, pralnie z suszarnią oraz kuchnie. W niej podobnie jak na wielu innych kempingach na Islandii można znaleźć prowiant taki jak różnego rodzaju makarony, ketchup, przyprawy, kawę czy herbatę, pozostawione przez przebywających tu wcześniej podróżnych. Tego wieczoru marzyliśmy jednak tylko o jednym. By kolejny dzień nie był tak deszczowy, ani wietrzny, ponieważ mieliśmy zaplanowaną wyprawę w poszukiwaniu wielorybów.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 slow moments , Blogger