Islandia- Dzień 1



Islandia marzyła nam się już od bardzo dawna. Niesamowite fotografie zachęcały do podróży, jednak jedną z najważniejszych przyczyn wyjazdu była chęć spełnienia marzenia
by zobaczyć na żywo zorzę polarną. Z tego względu zdecydowaliśmy się na podróż końcem września, kiedy prawdopodobieństwo pojawienia się zorzy na niebie jest zdecydowanie większe niż w sezonie letnim.
- Planowanie wyprawy wymagało od nas sporego zaangażowania, ponieważ cały wyjazd organizowaliśmy tylko we dwoje. Nie wszystko udało nam się przewidzieć, życie samo zweryfikowało nasze plany, ale i tak możemy tę podróż zaliczyć do najpiękniejszych w życiu.
- Na wakacje mieliśmy jedynie tydzień i możemy śmiało powiedzieć, że 7 dni to o wiele za mało na Islandię. To zbyt krótko, by móc w pełni chłonąć to całe dziewicze piękno natury. Zachwycał nas tam każdy widok, cisza, atmosfera, bezkresne pustkowia i miliony kudłatych przeżuwaczy trawy. Każdy przejechany kilometr (a przejechaliśmy ich ponad 2000!) zapierał nam dech w piersiach i z każdą kolejną chwilą wzbierała w nas chęć by tam zostać! "Przecież mógłbym strzyc te owce.. Islandzki przecież nie może być taki trudny.." Majkiemu takie wizje szybko przychodziły do głowy.
- Podróżowaliśmy wynajętym Volkswagenem Caddy, który wyposażony był w lodówkę, gazową kuchenkę turystyczną, mini zlew i wszystkie niezbędne naczynia. Samochód był też doskonale przystosowany do funkcjonowania jako czterokołowa sypialnia i nawet po tygodniu nocowania w nim nie odczuliśmy jakoś specjalnie negatywnych skutków "niewygód" nocowania na tym pseudo- łóżku. Ogromnym plusem takiego podróżowania była natomiast możliwość nocowania w dosłownie każdym miejscu wyspy. Na Islandii można zatrzymać się na noc niemal wszędzie, poza miejscami oznaczonymi zakazem kempingowania.
Ale od początku!







Na Islandię przylecieliśmy późno w nocy i jeszcze z okien samolotu mogliśmy podziwiać pierwszą zorzę polarną!:) Zazdrościliśmy pilotom, którzy krótko przed lądowaniem mówili, że ze swojej kabiny mają bezpośredni widok na piękną zorzę.
Pierwszą noc spędziliśmy w położonym niedaleko lotniska hostelu w Keflaviku. Guesthouse Keflavik znajdujący się naprzeciwko Hotelu Keflavik to miejsce naprawdę godne polecenia na pierwszy nocleg po późnym przylocie lub ostatni przed wczesnym wylotem. Dzięki temu mogliśmy odpocząć przed całą wyprawą i noclegami w samochodzie oraz udało nam się załapać na obfite islandzkie śniadanie, pełne tamtejszych przysmaków. Zdążyliśmy również wybrać się na krótki spacer. Kilka kroków od naszego hostelu i w mroźnym wietrze mogliśmy po raz pierwszy podziwiać piękno islandzkiego wybrzeża oraz oceanu.
Już pierwszego dnia nie obyło się bez problemów i opóźnień w stosunku do naszego planu podróży. Samochód odebraliśmy dużo później niż się umawialiśmy z wypożyczalnią (kolejka petentów oraz absolutny brak pośpiechu ze strony obsługi przy wypełnianiu formalności;), a kiedy już wyruszyliśmy nieopatrznie (biorę to na siebie:P) pojechaliśmy złą drogą i musieliśmy sporo nadrobić, aby wrócić na właściwą trasę.
Tych kilka sytuacji pierwszego dnia wpłynęło na to, że plan naszej wyprawy uległ kompletnej zmianie. Ostatecznie jednak okazało się, że wyszło nam to na dobre, bo o wielu sprawach przy planowaniu podróży "na sucho" z mapą i przewodnikiem nie mieliśmy pojęcia i wielu czynników nie braliśmy pod uwagę. Dzięki temu wyprawa była taka "nasza", bez pośpiechu i w dużej mierze spontaniczna. 











Pogoda pierwszego dnia nas rozpieszczała i niesamowite było to, że od rana do samego wieczora wydawało się, jakby trwał zachód słońca. Prawdziwa 'golden hour' trwająca cały dzień, wydobywająca niesamowite kolory z islandzkiej natury.

Po południu dotarliśmy do miejsca, które jest ważne dla Islandczyków- Þingvellir. To Islandzki park narodowy, który wpisany jest na światową listę UNESCO, miejsce o bogatej przeszłości. To tam po raz pierwszy obradował islandzki parlament oraz ogłoszono niepodległość kraju. Park położony jest na północnym brzegu jeziora Þingvallavatn, w obszarze aktywnym sejsmicznie na styku płyt tektonicznych euroazjatyckiej i północnoamerykańskiej. W parku oprócz malowniczego jeziora znajduje się również wąwóz Almannagjá z wodospadem rzeki Öxará, który niesamowicie wyglądał w promieniach jesiennego islandzkiego słońca.






























Wieczorną atrakcją tego krótkiego dnia były gejzery. Geotermalny teren Haukadalur łatwo było wyczuć już z trasy. Znajdują się tam niezliczone źródła, z których wydobywa się gorąca woda. Czasami niektóre
z nich wybuchają, inne mają jedynie parującą wodę w swoich zagłębieniach. To tam znajduje się największy, choć nieaktywny już Geysir oraz aktywny gejzer Strokkur (co oznacza baryłka na masło), wybuchający co około 5 minut i wyrzucający w powietrze fontannę gorącej wody i pary na wysokość 20m! Wybuch trwa bardzo krótko, źródło uspokaja się, napełnia wodą i szykuje się do kolejnego wyrzutu. Każdy wybuch był równie ekscytujący jak poprzedni, a ze względu na późną porę i zbliżający się zachód słońca mogliśmy cieszyć się obserwowaniem gejzeru bez otaczających tłumów, w kameralnym towarzystwie jedynie kilku osób.



















Tego wieczoru zdecydowaliśmy się na postój i nocleg już przy gejzerach. Czekała nas pierwsza noc
w naszym samochodzie i chcieliśmy na spokojnie opanować wieczorny rytuał transformacji auta
w sypialnię (przy kolejnych noclegach zajmowało nam to około 5 minut, nawet po ciemku). Zanim jednak udało nam się to zrobić za pierwszym razem było już całkowicie ciemno. A ciemna noc na Islandii, to na prawdę czarna noc:) Ale to czarne pustkowie okazało się być idealnym tłem do oglądania zorzy polarnej, która niesamowicie tańczyła na niebie. Już pierwszego wieczoru spełniły się nasze marzenia! A przez takie przyziemne sprawy jak kolacja po długim dniu (a właściwie bez przerwy gasnąca pod nią kuchenka gazowa) niemal przegapilibyśmy ten cud natury! Na Islandii warto pamiętać, żeby zawsze trzymać głowę uniesioną do góry! 




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Copyright © 2014 slow moments , Blogger